Był późny, jesienny wieczór, kiedy to stary rybak Edgar poszedł na strych po dawno nieużywane sieci. Jak to w takim życiu bywa, często trzeba wracać do przeszłości i odnawiać dawny byt. Takie zajęcia mają głównie na celu zapełnienie pustki jakże samotnego i cichego prosperowania. Przeszukując zakurzone w całości skrzynie znalazł nie tylko sieci, które go tam zawiodły, lecz także wiele przedmiotów niepamiętnego mu pochodzenia. Kości do gry, oczka miały wyżłobione i wypełnione węglem, poskręcane mapy kartograficzne, większość już wyblakłych i pozbawionych koloru oraz jakiejkolwiek czytelności. Nie zabrakło też fajki z wypalonymi nań inicjałami H.S., którą od razu schował w kieszeń swego pikowanego kubraka. Na samym dnie skrzyni w czarnej lnianej sakiewce po tytoniu znajdował się pęknięty klucz. Był on z tych wszystkich rzeczy najbardziej finezyjny i zastanawiający. Wielkością można było go porównać do gęsiego pióra, cały zardzewiały jednak na zakończeniu można było dopatrzeć się wizerunku głowy węża z wysuniętym językiem. Niosąc w jednej ręce klucz a pod drugą ręką zwitek sieci udał się na fotel przy kominku i w zamyśleniu zaczął dłubać we włóknach.
Nazajutrz wstał z samego rana. Dzień zaczął jak każdy inny przechadzając się brzegiem morza. Po głębokich porannych rozmyślaniach wrócił do chaty i z fajką oraz tajemniczym kluczem poszedł do miejscowego zielarza kupić tytoń. Ciągle po głowie chodziła mu myśl, czyje to inicjały i do czego jest owy klucz. Robiąc zakupy u zielarza pokazał mu znalezisko i zapytał:
-Czy nie wiecie Panie, do kogo owa fajuszka należeć mogła ? Znalazłem ją w skrzyni i...
Zielarz szybkim ruchem podsunął okulary z czubka nosa nieco wyżej i mruknął:
-Herman...
Po chwili zastanowienia dopowiedział:
-Smiths...Herman Smiths...był kiedyś taki jeden żeglarz, tylko u mnie kupował tytoń i kazał osobiście mi go doń nabijać
Edgar od razu wypytał, gdzie mieszkał owy żeglarz, jak i kiedy zaginął. Wziął tytoń i zabrał się w drogę do chaty żeglarza.
Droga nie była zbyt prosta. Gęste już uschłe zarośla pokrywały cały teren po obu stronach ścieżki. Wysokie drzewa kolorowo upstrzone cały czas rzucały cień pomocny w podróży. Dziwny zbieg okoliczności, bowiem jego wiek nie pozwalał na przemęczenie i ciężką podróż. Po dotarciu na miejsce w zasięgu wzroku nie było żadnej innej chaty oraz istoty żyjącej poza nim samym. Uchylane drzwi do rudery zaskrzypiały przeraźliwie. Po otwarciu ich do końca i wpuszczeniu światła do wszystkich ciemnych kątów nie widział nic poza drewnianą pryczą, pustą półką, stalową skrzynią i masą pajęczyn, niczym w gnieździe arachnoid. Zdołał tylko powiedzieć:
-A niech mnie jasny grom, z nieba ciemnego w tym szarym świecie zamkniętego, walnie...
Wtem przypomniał sobie o posiadanym w kieszeni wężowym kluczu. Podszedł do skrzyni i rękawem otarł grubą warstwę kurzu. Od razu wzrok jego przyciągnął wygrawerowany na pokrywie symbol węża. Ku zdziwieniu wizerunek na kluczu i skrzyni był identyczny. Wolnym i niepewnym ruchem zaczął wkładać klucz do zamka w skrzyni. Nagle z rozjaśnionego pomieszczenia uciekło niemalże całe światło. Wystraszony, lecz zaciekawiony zaczął przekręcać klucz. Udało się to z niebywałą łatwością, zaczął podnosić wieko skrzyni od razu wpatrując się w jej wnętrze kątem oka. Po całkowitym otworzeniu skrzyni odczuł zaniepokojenie i zdziwienie, gdyż na dnie była tylko jedna i w dodatku zaśniedziała moneta. Wyciągnął doń rękę jednocześnie odczuwając nagłe zimno. Wziął monetę do ręki i podniósł wyżej aby przyjrzeć się jej bliżej. W chacie nadal panował ten dziwny mrok, więc zacisnął dłoń i wyszedł na zewnątrz. Otworzył dłoń a na niej miał tylko garstkę popiołu. Wsypał popiół do sakiewki po kluczu i udał się do swojej chaty.
Dotarł tam tuż przed zachodem słońca. Jak to zawsze bywa, poszedł na przechadzkę brzegiem morza. Stanął na urwisku i spoglądając w stronę zachodzącego słońca zapalił fajkę. Po krótkiej chwili zastanowienia otworzył sakiewkę z popiołem i wysypując go do morza rzekł:
-Jak na żeglarza przystało, pomarłeś na morzu więc i skarb swój zabierz ze sobą. Pilnuj go, bo to jedyne co w życiu miałeś.
Zakurzył fajką jeszcze kilka razy i wrócił do chaty na wieczorną strawę. Poczuł, że wypełnił powierzone mu zadanie i w zadumie odpoczywał przy kominku.














Comments